Relacje

Dobra czyli…idealna czy wystarczająca?

Lubie bawić się słowami. Z natury jestem pożerającą książki humanistką, więc nic w tym dziwnego 🙂 Ostatnio uświadomiłam sobie, że słowo „dobra”  może mieć między innymi takie znaczenia: dobra, czyli porządna, wartościowa osoba, może nawet święta; oraz dobra czyli niezła, wystarczająca, odpowiednia np. dobra ocena w szkole. Znaczeń jest oczywiście o wiele więcej np waluta na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej, ale skupię się na tych dwóch, a zainteresowanych tematem odsyłam tu.

Dobra, czyli?…

 

Pytanie za sto punktów – jakie warunki musi spełnić osoba, która ma z nami bliższe kontakty, abyśmy uznali, że jest dla nas dobra? Chcielibyśmy np.

  • życzliwości
  • szeroko pojętej gotowości pomocy
  • trafnych rad, łącznie z czytaniem w myślach
  • jednocześnie prawa do ignorowania tych rad i pomocy
  • dostępności i poświęcania nam czasu
  • szanowania naszych granic
  • i wielu innych – każdy może tu dopisać coś, co dla niego jest osobiście ważne.

Może gdzieś istnieją takie ideały, ale osobiście nie udało mi się takiego spotkać. Z drugiej strony, otaczają nas ludzie, którzy mają wiele wad, a jednak da się z nimi jakoś żyć (pomińmy przypadki ekstremalne – relacje toksyczne jeszcze nikomu chyba zadowolenia nie przyniosły) więc jak to jest? Czy poszukiwanie ideałów w naszym otoczeniu i obdarzanie ich naszą życzliwością (o ile zaliczą „test”) sprawdzi się na dłuższą metę? I co z relacjami rodzinnymi, które może być trudno zerwać ze względu na różnorodne powiązania, nawet w przypadku naruszania przez bliskich naszych szeroko pojętych standardów ?

 

Kogo spotykamy w naszym otoczeniu?

 

Myślę, że osoby w naszym otoczeniu można podzielić na takie, które:

  • lubimy i dobrze nam się z nimi żyje
  • lubimy, ale trudno się z nimi żyje
  • nie lubimy, ale można z nimi wytrzymać
  • nie lubimy i nie chcemy ich mieć w zasięgu wzroku
  • i na koniec osoby nam obojętne.

Już na pierwszy rzut oka umiemy przypisać do odpowiedniej kategorii większość ludzi spośród rodziny i znajomych. Nawet nie pytam, gdzie wpadnie przeciętna teściowa 😛 Gdzie natomiast zmieści się mama? Tu bywa różnie. Z mamą znamy się od urodzenia, wiele jej cech i zachowań jest oczywistych – „no mama po prostu taka jest, co się czepiasz”. Może być denerwująca, pedantyczna, nadopiekuńcza, nieco szalona,  nieporadna itd. Mimo wszystko – to jest mama. A gdyby tak teraz odwrócić sytuację – dla męża/żony teściowa jest właśnie mamą, więc wiele rzeczy, które może nas denerwować, nie będzie w nich wywoływać takiej reakcji. Mieli wiele czasu, by się przyzwyczaić.

 

Przypadki zachowań konfliktogennych

 

Przykład – matka dzwoni do córki codziennie (lub córka do matki) by pogadać o tym, co robią, kogo widziały i jaki będzie obiad. Męża to denerwuje, mówi więc „wy ciągle wisicie na tym telefonie, kiedy odetniesz pępowinę?” i kłótnia gotowa. Tymczasem one tego potrzebują, by zaspokoić swoją potrzebę komunikacji – mąż lub ojciec nie są tym zainteresowani lub nie potrafią temu sprostać. Oczywiście sytuacja może przybrać postać patologiczną, ale każda para powinna tutaj przez rozmowę określić rozsądne granice. Nic nie pomoże obrażanie mamusi jako winnej całego zamieszania.

Inny przykład – ojciec wymaga od syna, by pomagał mu w pracy przy domu. Syn mieszka już osobno, ma swoją rodzinę, ale chce pomóc starzejącym się rodzicom tak jak to robił dawniej, więc przyjeżdża raz-dwa razy w tygodniu.  Rodzice czują się dzięki temu zaopiekowani, syn spokojniejszy o ich zdrowie i stan domu, w którym się przecież wychował – tylko żona krzyczy i ma focha 🙂 Jej zdaniem powinien spędzać czas tylko z nimi, a do rodziców jeździć raz na miesiąc na obiadki. Taki stan może przerodzić się w poważny konflikt, jeśli para nie dojdzie do porozumienia i do sedna problemu.

 

Jak zmienić nastawienie do tej drugiej, obcej dla nas rodziny?

 

Myślę że podstawową sprawą jest dać pozwolenie na bycie nieidealnym. Nie ma możliwości, by tamta rodzina (mówię ogólnie, bo możemy nie polubić np. teściowej, teścia, szwagierki albo wszystkich na raz) od początku spełniała wszystkie nasze oczekiwania i dopasowała się do naszych przyzwyczajeń czy sposobu bycia. Może nas dzielić wiele, poczynając od pochodzenia, statusu materialnego, historii, może nawet narodowości. Wyobraźmy sobie puzzle – jest możliwe, że dwie osoby trafią na siebie w jakimś miejscu i czasie i okaże się, że są jak dwa idealnie pasujące elementy układanki. Ale prawdopodobieństwo, że nasze rodziny będą tak samo do siebie pasować jest moim zdaniem podobne do wygranej w totka. To tak, jakby ułożyć dwa zestawy puzzli z całkiem różnych serii, następnie podzielić je na pół i takie dwie połowy na siłę do siebie dopasowywać. Nie damy rady.

Lepsze rezultaty osiągniemy, szukając pozytywów i podobieństw, a dla różnic zastosować taką dawkę tolerancji, na jaką nas stać. Przecież dokładnie to samo robimy w przypadku swoich bliskich – nie wytykamy im co chwilę, że znów (od 30 lat) mówią za głośno, zapomnieli o naszych imieninach i na pewno zrobili to specjalnie albo spojrzeli na nas „tym” spojrzeniem. Skoro własnej rodzinie dajemy prawo do błędów, dlaczego oczekujemy od rodziny męża/żony, że niczym nas nie urażą i np. teściowa zrozumie nasz wegetarianizm albo teść – były wojskowy – przestanie rządzić i zamieni się w potulnego misia? Nie oczekując cudów, dajemy sobie nawzajem przestrzeń do docierania się. Przy dobrej woli obu stron można wiele osiągnąć. Jeśli natomiast okażemy dobrą wolę i nie spotka się to z oczekiwaną reakcją drugiej strony, to przynajmniej możemy przyznać przed sobą, że próbowaliśmy.

 

Więc jak żyć?…

 

Dobijam już do brzegu 🙂 Dla mnie osobiście sprawa dobrych relacji z teściami sprowadza się do tego, by przyjmując za punkt wyjścia istniejące między nami różnice, skupić się na dobrych stronach. O różnicach napiszę kiedyś osobny wpis 🙂 Moja teściowa nie jest i NIE MUSI BYĆ idealna, tak samo jak nie wymagam tego od swojej mamy, siostry czy męża. Sama przecież nie jestem ideałem. Jeśli otaczający mnie ludzie są po prostu dobrzy (porównując do szkoły, dostaliby ocenę 4) to szanse na ułożenie dobrych relacji są naprawdę duże. Kojarzycie przysłowie „Lepsze jest wrogiem dobrego”? Możemy popsuć relacje przez ciągłe próby ulepszania i stawiania na swoim, bo nikt przecież nie lubi ciągłego poprawiania. Warto dać sobie szansę na akceptację różnic, może z czasem po prostu przywykniemy do niektórych rzeczy albo problem okaże się niepotrzebnie rozdmuchany?

A wy jakie macie przemyślenia na ten temat?

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *